Igrzyska Olimpijskie, polscy sportowcy na igrzyskach
   
poniedziałek, 01 marca 2010

Z bloga Z Barana Go!

Jeśli ktoś nigdy w zyciu nie widział meczu hokeja, a dopiero przy okazji finału Kanada-USA pierwszy raz zetknął się z najszybszym sportem na ziemi, miał szczęście. Bo był to mecz w którym było wszystko, za co miliony kochają tę dyscyplinę. Finał miał:
Twardą walką - niemal zawsze fair play. Dwa, trzy razy ktoś przesadził z atakiem łokciem, parę razy zakotłowało się i cudem nie doszło do bójki. Ale to przecież tak twardy, kontaktowy sport.
Determinację - to może banał, ale niemal wszyscy hokeiści, którzy walczyli o złoto już przed meczem mogli uchodzić za graczy spełnionych. Nawet niespełna 23-letni Sidney Crosby ma przecież już w tym wieku karierę marzenie. A propos Crosby'ego...
Wielkiego bohatera - Crosby nie grał na ZIO jakoś super. Nie zawodził, ale w finale długo był niewidoczny.

Skoro polscy komentatorzy wieszczyli, że nie wykorzystana "setka" z III tercji może się za nim ciągnąć latami, to co faktycznie stałoby się w Kanadzie, gdzie w hokeja grają wszyscy i hokejem wszyscy żyją? I wszyscy kochają Sidneya. Nieważne. Teraz będą go już pewnie czczcić. Ale żeby Sid został bohaterem, stał się...
Wielki dramat - Ryana Millera, bramkarza USA. Zawodnik Buffalo Sabres na tym turnieju bronił niesamowicie. Miał też szczęście - dwa słupki w finale! - słowem wszystko, by zostać bohaterem igrzysk (MVP został już w trakcie meczu). Jedno trafienie (ale czy błąd?) wszystko przekreśliło. Bohaterem jest Sid, ale już chyba nie, no kidding :) to już nie kid!

Więcej emocji na blogu Z Barana Go!

niedziela, 28 lutego 2010

Z blo-Bloga Roberta Błońskiego, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver 2010

Stać pięć metrów od miejsca, gdzie właśnie dzieje się historia polskiego sportu, to coś niewyobrażalnie pięknego i wzruszającego. „Zagroda” dla dziennikarzy usytuowana była dosłownie o trzy kroki od linii mety biegu na 30 km.

Justyna Kowalczyk

Nie ma co ukrywać - rywalizację na pierwszych 20 kilometrach zadecydowana większość polskich (i nie tylko) dziennikarzy obejrzała w biurze prasowym przed telewizorami. Telebim na trasie stał baaaardzo daleko, a padający deszcz i mgła ograniczały widoczność i uniemożliwiały robienie notatek.

Kiedy jednak Justyna i Marit zmieniły narty po 20 km ruszyliśmy na metę. Zdążyliśmy zobaczyć niesamowity atak Bjoergen i pościg Kowalczyk. Potem na naszych oczach rozegrała się cała walka. Norweżka próbowała wyprzedzić Polkę na ostatnich metrach trzy razy, ta - za chińskiego boga - wyprzedzić się nie pozwoliła. Wydawało nam się, że już-już Bjoergen dopadnie Kowalczyk, ale Justyna nadludzkim wysiłkiem i desperacją dążenia do złota odparła jej ataki.

Pięć metrów przed metą wiedzieliśmy, że Polka wygra.

W takich chwilach człowiek zapomina że jest dziennikarzem. Krzyczeliśmy, skakaliśmy, dopingowaliśmy Justynę. A potem się zwyczajnie wzruszyliśmy i wyściskaliśmy. Bardziej niż w Libercu, gdzie Justyna samotnie wbiegała na metę zdobywając złote medale MŚ.

W Kanadzie to mistrzostwo wyszarpała, wydarła, wyprzedziła po pasjonującej walce będącą tutaj w cudownej formie Bjoergen - królową tych igrzysk (pięć medali - trzy złote, srebrny i brązowy). Ale w sobotę Polka była od niej lepsza na najważniejszym z dystansów: 30 km. Nogi naprawdę się ugięły, z emocji, wzruszenia i przede wszystkim świadomości tego, że oto na naszych oczach dokonała się rzecz historyczna. Zobaczyliśmy, jak polski sportowiec zdobywa złoty medal zimowych igrzysk olimpijskich.

Z blo-Bloga Roberta Błońskiego, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver 2010

Z bloga A jednak się kręci Rafała Steca, redaktora Gazety Wyborczej

Taaak, najszybciej umierała Justyna! Marit nie-padła trupem ułamek sekundy później, Justyna już leżała w śniegu... One szły dzióbek w dzióbek, a w moim serduchu znów szły takie werble, jakich nie wywołał dotąd żaden polski olimpijczyk. Gdyby na metę najpierw wjechał dzióbek norweski, znów odprawialibyśmy żałobne rytuały nad okrucieństwem sportu. I nie przynudzajcie mi czasem o uroku srebra, po 30 kilometrach konania na nartach bohaterki formatu Justyny zapraszać wypada wyłącznie na podium najwyższe, wszystkie inne stopnie zyskują bezdyskusyjną wartość dopiero wtedy, gdy sobie wmówimy, że ją mają. Nienasycona Justyna medal medal medal medal Kowalczyk miałaby w olimpijskiej klasyfikacji wszech czasów chować się gdzieś za incydentalnym wyskokiem Fortuny!?

Tak, skoro po mistrzostwie Europy siatkarek składaliśmy im hołd na czołówce „Gazety Wyborczej” tytułem „Nasze złotka”, to jutro zaproponuję równie proste „Nasze złotko”.

Z bloga A jednak się kręci Rafała Steca, redaktora Gazety Wyborczej

sobota, 27 lutego 2010

Z bloga S&V Jakuba Ciastonia, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver

Pojechaliśmy w piątek wszyscy na bobsleje. Bo większość z nas jakoś je pozapowiadała w swoich gazetach, no i wypadało być konsekwentnym i pogadać z chłopakami oraz napisać coś także po ich występie. Tym bardziej, że na torze działo się na treningach sporo. Wycofali się Holendrzy, Australijczycy, a także Łotysz. Niektórzy przez kontuzje, ale np. Holender przyznał wprost, że się boi i nie ma pewności.

Na tor wjechaliśmy kolejką gondolową z centrum Whistler, co okazało się znacznie szybsze niż czekanie na autobus, tzn. nie byłoby szybciej, gdybyśmy musieli stać w kolejce. Ale nasze akredytacje otwierają tu wszystkie drzwi bardzo szybko - dziennikarze mają darmowy transport w czasie igrzysk - teoretycznie moglibyśmy np. iść na narty i jeździć sobie do woli miejscowymi kolejkami i gondolami. Teoretycznie, bo nie mamy na to czasu.

Niektórzy z nas poszli na start robić zdjęcia jak prezes PKOl Piotr Nurowski razem z sekretarzem generalnym Adamem Krzesińskim pomagają nosić boba (bo obiecali, gdy jakiś czas temu brakowało mechanika).

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

My z Robertem Błońskim poszliśmy na metę. I jak tylko weszliśmy do „mixed zony" i spojrzeliśmy na ekran - a tylko tak ogląda się bobsleje na torze - wywrotkę zaliczyła czwórka Aleksadra Zubkowa. Rosjanin, który cztery lata temu pożyczał  boba Polakom, wywrócił się na trzynastym zakręcie, tym samym, na którym zginął Gruzin Nodar Kumaritaszwili. Rosjanie przeszli koło nas klnąc, szturchając jeden drugiego, byli bardzo źli. Później okazało się, że wywrotka nie była winą Zubkowa tylko awarii systemu sterowniczego.

Dawid Kupczyk powiedział nam później, że on technicznych problemów na torze nie ma, bo okiełznał już „jedenastkę" i liczy, że kiedy inni się będą wywracać, to oni dojadą do mety (będą jeszcze dwa ślizgi) i przeskoczą w górę. Być może nawet do dziesiątki. Na razie są na 13. pozycji.

I właśnie kiedy byliśmy na torze dostaliśmy telefon, że polskie łyżwiarki będą walczyć o medal.

Więcej zdjęć z toru bonslejowego, Whistler i nie tylko na blogu S&V Jakuba Ciastonia.

piątek, 26 lutego 2010

Z blo-Bloga specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver Roberta Błońskiego

Przy okazji biegu sztafetowego prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski spotkał na trybunie honorowej króla Norwegii Haralda, króla Szwecji Karola XVI Gustawa oraz księcia Monako, Alberta. Porozmawiali, pośmiali się, obiecali sobie - z królem Haraldem - że sobotni bieg na 30 km techniką klasyczną będzie biegiem przyjaźni polsko-norweskiej.

king Carl Gustav

A później prezes opowiedział nam, kogo jeszcze m.in. spotkał na tych igrzyskach.

Podczas meczu Kanada - Rosja o trzy rzędy nad prezesem siedział słynny aktor Donald Sutherland. Prezes grzecznie się przedstawił, powiedział skąd jest i poprosił o wspólne zdjęcie. Sutherland nie odmówił i przy okazji spytał prezesa o...Romana Polańskiego, czy go zna.

- Odpowiedziałem, że to nasz wybitny reżyser - mówił Nurowski. - A Sutherland tylko się uśmiechnął i powiedział, że w sumie to jego dobry znajomy, tylko że „ostatnio to chyba ma jakieś problemy”.

Nurowski

Kiedy indziej prezes miał okazję pstryknąć sobie fotkę z samym Arnoldem Schwarzeneggerem. Do otoczonego wianuszkiem ochroniarzy gubernatora prezesowi już tak łatwo dotrzeć nie było. Swoją wizytówkę podał...przez jednego z bodyguardów. - Wyobraźcie sobie, że przyszedł do mnie - mówił szczęśliwy prezes Nurowski. - Jego żona jest bardzo zaangażowana w Olimpiady Specjalne, które bardzo prężnie działają w Polsce. Schwarzenegger o tym wiedział, powiedział nawet, że na jesieni odwiedzi Polskę.

Prezes to ma klawe życie i spotyka tyle ciekawych osób na każdym kroku ubogacając swój album ze zdjęciami...

Z blo-Bloga specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver Roberta Błońskiego

czwartek, 25 lutego 2010

Z bloga Statua Sportu - subiektywnie o sporcie głównie tym zza oceanu

Canada vs Russia

Nie wiem czy oglądałem wystarczającą ilość spotkań hokeja na lodzie, aby mógł używać takich patetycznych słów, ale naprawdę nie przypominam sobie abym widział kiedyś hokej na wyższym poziomie niż ten w nocy w wykonaniu Kanadyjczyków.

Pierwsze dwie tercje (zwłaszcza) z pewnością jak i oczywiście cały mecz na stałe zapiszą się w historii hokeja na lodzie.

Przy takiej poziomie obu rywali, będących współfaworytami do złotego olimpijskiego medalu taka deklasacja jest czymś niespotykanym.

Pasja z jaką od pierwszych sekund zaatakowali Kanadyjczycy jest bardzo rzadko widziana w pojedynkach tak wielkich gwiazd.

Zdezorientowani Rosjanie przypominali mi trochę Gołotę z walki z Lennoxem Lewisem, gdzie jak to mawiał pewnie klasyk kabaretu "Endrju myślał, że Lewis będzie chciał z nim najpierw porozmawiać, a on go od razu zaczął bić !". Rosjanie od pierwszych minut raz po raz zaliczali bliskie spotkania z bandami i lodem.

Szybkość z jaką poruszali się Kanadyjczycy była zdumiewająca. Wyglądało to jakby ktoś lekko przyśpieszył obraz na dvd.

Dla tych dwóch tercji warto było zarwać noc ( i później wegetować w pracy), szkoda że nie poszedłem spać po drugiej tercji, na co namawiało mnie kilka osób na twitterze, ale po tym co się wydarzyło w dwóch pierwszych tercjach wolałem nie ryzykować, że dojdzie do dogrywki, albo jakiegoś dramatycznego 7-6 na przykład.

Największym przekleństwem Rosjan na tej olimpiadzie nie był ten mecz z Kanadą, a mecz Kanada-USA. To od niego wszystko się zaczęło. Po pierwsze, gdyby Kanada wygrała z USA, Rosja mogłaby na ekipę spod znaku "Klonowego Liścia" trafić dopiero w finale. Po drugie gdyby nie wpadka z USA, jestem na 100% pewny, że Kanadyjczycy nie wyszli by na mecz z Rosją tak skoncentrowani i "naładowani" jak tej nocy. Nie twierdze, że nie wygraliby z Rosją, ale na pewno nie byłoby takiej "masakry".

Cała Ameryka Północna czeka teraz na finał Kanada - USA i jak to zwykle w sporcie bywa pewnie się nie doczekają! Ja też jako fan Kanady czekam na ten finał i zastanawiam się skąd się biorą nasze (Polaków) sympatie do zagranicznych drużyn narodowych. Rozmawiałem ostatnio z 3 przyjaciółmi: każdy kibicuje innemu krajowi (USA, Czechy i Szwecja) i nikt za bardzo nie wie dlaczego, wie tylko, że odkąd pamięta był za tą drużyną.

Więcej na blogu Statua Sportu - subiektywnie o sporcie głównie tym zza oceanu

Z bloga S&V Jakuba Ciastonia, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver

Wiecie jakie jest najdziwniejsze uczucie, kiedy jest się na igrzyskach na żywo? Że wszystko wygląda beznadziejnie, w porównaniu z tym, co pokazują w telewizji. Igrzyska generalnie to jest produkt, który MKOl sprzedaje za grube miliardy dolarów stacjom telewizyjnym. I nic poza tym. Czysty biznes. Kibice, idee jakieś, widowisko tu na miejscu, broń Panie Boże, nic z tych rzeczy. Chodzi tylko i wyłącznie o telewizję. Reszta, to bujda na resorach, no może poza hokejem. Na żywo wszystko wygląda nieatrakcyjnie. W życiu bym nie zapłacił 100 dol. za bilet np. na skoki, czy na biatlon. Pięciu dolarów bym nie dał.

To spojrzenie na igrzyska od drugiej strony naszło mnie, gdy przeglądałem zdjęcia, które pstrykam sobie tak cały czas gdzie popadnie. Wybrałem kilka, na których możecie sobie zobaczyć, jak wyglądają na igrzyskach gwiazdy. Od drugiej strony mikrofonu. O ile w ogóle je dostrzeżecie :-)

Noriaki Kasai i japońscy dziennikarze na skoczni:

Kasai

Adam Małysz i polscy dziennikarze na skoczni:

Małysz

Więcej zdjęć na blogu S&V Jakuba Ciastonia, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver

wtorek, 23 lutego 2010

Z Ligobloga Jacka Sarzały, redaktora Gazety Wyborczej

Nie chcę tu oceniać ani merytorycznej wartości, ani w ogóle sensowności ostatnich wypowiedzi Justyny Kowalczyk - tych o astmie Marit Bjoergen, tych o norweskich protestach i tych o łatwych trasach w Vancouver.

Polka ma oczywiście prawo mówić, co chce; to czy jej słowa są prawdziwe, potrzebne i czy przystoją wielkiej zawodniczce - to zupełnie inny problem. Ale zastanówmy się - czym ten nagły ekshibicjonizm Kowalczyk może być spowodowany i jakie może przynieść skutki. Moim zdaniem wnioski są przygnębiające.

Bo z jednej strony to niewątpliwie skutek olbrzymiej frustracji Polki. Justyna prawdopodobnie zdaje sobie sprawę, że - tak, tak, to nie pomyłka - na igrzyskach na razie zawodzi. I chyba nieco zazdrości dwukrotnej mistrzyni Bjoergen - bo to ona miała być na jej miejscu.

Kowalczyk doskonale wie, że przez nałogowe zwycięstwa od początku sezonu przygotowała siebie, nas i cały narciarski świat na triumfy w Vancouver. Nikt wówczas nie myślał o zaszytej w norweskich lasach norweskiej rywalce, która na przemian z wdychaniem leków przeciw astmie potwornie przecież jednak musiała trenować.

Polka śpiewająco wygrywała od listopada bieg za biegiem, a my coraz wyraźniej widzieliśmy ją całą w olimpijskim złocie. Ona sama wraz z trenerem na wpół kokieteryjnie tonowali optymizm - ale było zupełnie jasne, że nie mieliby nic przeciw takiej przyszłości.

Dziś to Bjoergen jest mistrzynią, sercami Polaków znów zawładnął Adam Małysz, a Kowalczyk nie potrafi się pogodzić z własnym brakiem zwycięstw. Srebrny medal w sprincie, kontrowersyjny brąz plus piąte miejsce - nie tak miał wyglądać pierwszy olimpijski tydzień. Stąd Justynowe utyskiwania. Na gwałt szuka wytłumaczeń, bo czuje, że wielu Polaków nie może zrozumieć dlaczego w Vancouver jeszcze nie mamy złota.

I teraz dochodzimy do najważniejszego. Czy Kowalczyk nie wylewa czasem swojego żalu także z tego powodu, że obawia się o wynik sobotniego biegu na 30 km? Czy nie jest tak, że onieśmielona wielką forma rywalek i fatalnym dla niej profilem trasy również i na tym dystansie (ostatnia pętla jest ponoć superłatwiutka, a pamiętajmy, że to wyścig ze startu wspólnego) - już dziś dopuszcza, że znów zostanie wyprzedzona. Oczywiście sama pobiegnie z wszystkich swoich gigantycznych sił, ale już wie, że i tym razem może to nie wystarczyć.

Z Ligobloga Jacka Sarzały, redaktora Gazety Wyborczej

Z blo-Bloga Roberta Błońskiego, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver

A co tam będę pisał. Sami zobaczcie... Kibicowały Adamowi, bo trenerem kanadyjskich skoczków jest...Tadeusz Bafia (były dwuboista, startował na igrzyskach w Calgary, a jego trenerem był Apoloniusz Tajner)

Z blo-Bloga Roberta Błońskiego, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver

Z bloga S&V Jakuba Ciastonia, specjalnego wysłannika Sport.pl na igrzyska w Vancouver

Adam Małysz

W Whistler skończyło się skakanie na nartach. Adam Małysz oddał swoje ostatnie w karierze olimpijskie skoki, lądując daleko, bardzo daleko. Cała reszta polskiej kadry lądowała blisko, bardzo blisko.

Małysz, którego pierwszy raz miałem okazję w Whistler słuchać tak obficie, z tak bliska, i po medalach, uśmiechniętego, zrobił na mnie absolutnie genialne wrażenie. Piorunujące. Przebywanie w obecności tego człowieka, legendy polskiego sportu, było dla mnie zaszczytem. Kiedy kilka razy przyszło mi spisywać jego słowa, by później przesłać je do redakcji, łzy mi z oczu kapały. Nie miałem nigdy w swojej dotychczasowej dziennikarskiej karierze do czynienia z czymś takim. Kiedy mówił o kibicach, którzy się za niego modlili, albo gdy z tak wielkim szacunkiem wypowiadał się o swoim trenerze Hannu Lepistoe.

Małysz, podobno bardzo się zmienił, dawno temu potrafił być szorstki, niemiły, albo pleść trzy po trzy. Ale ja na zawsze zapamiętam go takiego, jakim był tu, na skoczni olimpijskiej w Whistler Park.

Kiedy oglądałem konkurs drużynowy, w którym dzięki fenomenalnym skokom Małysza, zajęliśmy szóste, a nie 12., czy 16. miejsce, a potem słuchałem po kolei Huli, Rutkowskiego, Stocha i trenera Kruczka, zdałem sobie też sprawę z czegoś jeszcze.

Ten sport w Polsce wymrze, kiedy tylko Małysz przestanie skakać.

Więcej na blogu S&V Jakuba Ciastonia

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5