Igrzyska Olimpijskie, polscy sportowcy na igrzyskach
   
Blog > Komentarze do wpisu

Nie każda awaria w Vancouver jest pechowa

Zaczęło się od tego, że zepsuł się znicz, potem zepsuła się pora roku o nazwie "zima"... pisze na blogu S&V Jakub Ciastoń, sopecjalny wysłannik Sport.pl w Vancouver

... i wiele innych rzeczy się zepsuło, z których awaria lodowiska w Richmond, to jest - jak mawiał Jerzy Dąbczak - małe miki.

Ale nie każda awaria w Vancouver przynosi pecha.

Sikora

Dwa dni temu jechałem bladym świtem z Vancouver do Whistler, bodajże na bieg Sikory, gdy w okolicach Squamish, czyli dokładnie w połowie drogi między miastem, a górami (jakiś 65 km od Vancouver), nagle, w tzw. szczerym polu... zepsuł się autobus. Najpierw zaparowały w nim szyby, potem coś gruchnęło, a na koniec kanadyjski kierowca mruknął "f****", i kazał wszystkim wysiąść. Pamiętam, że pierwszą rzeczą jaką sobie wtedy pomyślałem było to, że będziemy stali w tym polu dwie godziny.

Nie minęło 30 sekund, a obok nas i zepsutego autobusu zatrzymał się puściusieńki drugi autobus, większy od tego naszego, autobus z napisem "Olympic Family" (no, może siedział w nim jeden Bułgar). Otworzyły się drzwi, a siedzący w nim kierowca, powiedział "wellcome!". I ze 40 osób gęsiego weszło do środka. Pięć minut później już dalej jechaliśmy.

Ale teraz dopiero następuje pointa tej historii o pechu. Otóż, autobus który się zepsuł, jechał do biura prasowego w Whistler. I dopiero stamtąd mieliśmy się przesiąść do kolejnego autobusu już na obiekt biatlonowy. A autobus "Olympic Family" jechał od razu na biatlon, skoki i biegi.

Więcej o pechu i szczęściu na S&V Jakuba Ciastoń.

środa, 17 lutego 2010, bartosz.raj

Polecane wpisy